Mimo że minęło kilka lat od pandemii Covid-19, każda informacja o nowym wirusie dalej działa jak zapalnik dla wyobraźni masowej. Pojawia się znany schemat i od razu pada pytanie: Czy to początek powtórki z 2020 roku? W tym przypadku chodzi o hantawirusa, a konkretnie o szczep Andes, który pojawił się na statku MV Hondius na początku maja. Intuicyjnie czujemy niepokój, ale fakty studzą emocje
Według komunikatów WHO, 2 maja na pokładzie MV Hondius znajdowało się 147 pasażerów i członków załogi, a 34 osoby wcześniej zeszły już ze statku na ląd. Do 8 maja mówiono o 8 przypadkach, 3 zgonach i 6 laboratoryjnie potwierdzonych zakażeniach wirusem Andes. W kolejnych dniach bilans wzrósł do 11 przypadków i cały czas czekamy na pojawienie się nowych. Te liczby w skali globalnej są małe, jednak wystarczyły, aby zasiać panikę i uruchomić międzynarodową reakcję sanitarną. Łatwo zatem spojrzeć na tę sytuację i porównywać ją z tym, co przeżywaliśmy już na przełomie 2019 i 2020 roku, kiedy zaczynał się Covid.
Dlaczego to nie jest powrót do 2019 roku?
To porównanie jest zrozumiałe, ale trzeba je dobrze ustawić. W grudniu 2019 roku świat patrzył na coś, co było jeszcze widziane jako zapalenie płuc o nieznanej przyczynie. 31 grudnia 2019 roku lokalne władze mówiły o 27 przypadkach, w tym 7 ciężkich, bez żadnych potwierdzonych zgonów ani zakażeń personelu medycznego. To było wszystko, co wiedzieliśmy wtedy o nowym wirusie. Innymi słowy, w tamtym momencie nie było jeszcze jasne, z czym świat ma do czynienia. Dopiero w styczniu, miesiąc później, nowy koronawirus zaczął nabierać kształtu jako międzynarodowy problem.
Przy hantawirusie punkt startu jest zupełnie inny. Nie mówimy o całkowicie nowym, nierozpoznanym patogenie. Hantawirusy są znane od dekad, a wirus Andes, mimo że jest wyjątkowa odmianą hantawirusa, jest też nam dobrze znany. Wiadomo, że jest to jedyny szczep ze swojej rodziny, który jest w stanie przenosić się między ludźmi. Wiadomo też, że wymaga do tego długiego i bliskiego kontaktu z osobą zakażoną. Obecna niewiadoma nie brzmi więc “czym w ogóle jest ten wirus?”, tylko “jak dokładnie wygląda to konkretne ognisko zakażeń i czy nie rozprzestrzeni się dalej?”.
Tutaj właśnie znajduje się największa różnica pomiędzy Covidem a wirusem Andes, czyli sposób rozprzestrzeniania. Covid idealnie wykorzystał nowoczesny świat: rozprzestrzeniał się drogą oddechową w metrze, restauracjach, samolotach, busach i wszędzie tam, gdzie ludzie byli blisko siebie, często zanim zakażony człowiek wiedział, że jest chory. Wystarczył chwilowy kontakt z zakażonym, aby przekazać wirusa dalej. Hantawirus działa inaczej. Zwykle przechodzi z gryzoni na ludzi poprzez kontakt z moczem, kałem lub śliną zakażonych zwierząt. Andes wirus, tak jak była mowa wcześniej, jest wyjątkiem pośród swojej rodziny, który jest w stanie przejść z człowieka na człowieka. Jednak, nie robi tego z taką samą łatwością jaką miał Covid. Wymaga do tego bliskiego, długiego, powtarzalnego kontaktu.
Dlatego statek jest w tej historii tak ważny. MV Hondius wiele różni się od warunków z którymi wirus spotka się na lądzie. Na statku ludzie żyją ciągle razem, jedzą w tych samych przestrzeniach, korzystają z tych samych korytarzy i tygodniami przebywają z tymi samymi ludźmi. Daje to wirusowi o wiele większe szanse na rozwój niż przypadkowe kontakty, które napędzały rozprzestrzenianie się Covida.
To prowadzi do paradoksu. Hantawirus jest zarówno groźniejszy, jak i mniej groźny od Covidu. Groźniejszy jest dla pojedynczego pacjenta, bo choroby, które wywołuje są bardzo niebezpieczne, osiągając śmiertelność wynoszącą nawet do 50%. Dla ogólnej populacji dużo ważniejsze jest jednak pytanie, czy wirus potrafi osiągnąć skalę społeczną. Tutaj hantawirus, w tym szczep Andes, jest o wiele mniej groźny, bo żadne dane nie wskazują na to, by był w stanie osiągnąć taką skalę.
Niewiadome i długi proces inkubacji
Niska zaraźliwość nie znaczy jednak, że temat można zamknąć i umyć ręce. Nadal jest sporo niewiadomych. Nie wiadomo jeszcze, gdzie dokładnie doszło do pierwszego zakażenia. Nie wiadomo, czy wszystkie przypadki da się połączyć jednym łańcuchem transmisji. Nie wiadomo też, co najważniejsze, czy po repatriacji pojawią się wtórne zakażenia poza pierwotną grupą statku. I właśnie dlatego spokojniejsza ocena ryzyka nie może oznaczać lekceważenia.
Najtrudniejszym tematem w całej sytuacji pozostaje długi okres inkubacji. Objawy wirusa Andes mogą pojawić się po wielu dniach, a nawet tygodniach od ekspozycji. Dlatego pełny obraz ogniska, które pojawiło się na statku, nie jest jeszcze dla nas widoczny. Przez kolejne tygodnie prawdopodobnie będą pojawiać się pojedyncze przypadki wśród pasażerów, załogi lub ich bliskich kontaktów, ale nie oznacza to jeszcze eskalacji problemu.
Ważne też jest, by nie mylić długiej inkubacji z “cichym” rozprzestrzenianiem w stylu Covidu. Przy SARS-CoV-2 ogromnym problemem była transmisja przedobjawowa i bezobjawowa. Wirus Andes zakaża natomiast głównie podczas okresu objawowego a najbardziej kłopotliwa jest wczesna faza choroby, gdy pojawia się gorączka, osłabienie, bóle mięśni, nudności albo kaszel, ale człowiek dalej jest w stanie funkcjonować wśród innych.
Czego nauczył nas Covid?
Sytuacja z hantawirusem obrazuje lekcje, których nauczyliśmy się po Covidzie. Świat jest dziś szybszy. Laboratoria szybciej sekwencjonują wirusy, procedury śledzenia kontaktów są lepiej dopracowane, a służby sanitarne wiedzą, jak organizować izolację, repatriację i monitoring. W przypadku MV Hondius nie skończyło się tylko na komunikacie prasowym albo “wzmożonej ostrożności”. Zespoły medyczne od razu wkroczyły do akcji, zakażeni zostali rozwiezieni do izolacji a osoby narażone zostały objęte obserwacją.
Szczepionki to kolejny temat, który nie jest tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać. Po Covidzie łatwo uwierzyć, że przy każdym nowym wirusie można po prostu odpalić „tryb mRNA” i szybko zamknąć problem. Tyle że mRNA nie jest magicznym skrótem, tylko rodzajem instrukcji dla organizmu. W dużym uproszczeniu działa to tak, że szczepionka nie podaje całego wirusa, ale dostarcza komórkom przepis na wytworzenie małego fragmentu białka, po którym układ odpornościowy może nauczyć się rozpoznawać zagrożenie. Sama instrukcja szybko się rozpada i nie zostaje w organizmie na stałe. Problem w tym, że nawet jeśli taki “przepis” da się zaprojektować szybciej niż klasyczną szczepionkę, to nadal trzeba wiedzieć, który fragment wirusa będzie najlepszym celem, sprawdzić bezpieczeństwo stosowania, dobrać dawkę, potwierdzić skuteczność, uruchomić produkcję i przejść przez decyzje regulatorów.
Covid miał też coś, czego wirus Andes nie ma: miliony przypadków, ogromny rynek, gigantyczną presję polityczną i publiczne finansowanie. Przy hantawirusie problem jest odwrotny. Choroba jest groźna, ale rzadka i ogniskowa. Trudniej zebrać pacjentów do badań, trudniej szybko sprawdzić skuteczność szczepionki i trudniej uzasadnić wielki program produkcyjny. Dla wirusa Andes nie ma dziś gotowej, szeroko dostępnej szczepionki ani specyficznego leku. Leczenie polega głównie na szybkim rozpoznaniu, hospitalizacji i podtrzymywaniu funkcji organizmu. Prace nad szczepionkami DNA i mRNA istnieją, ale technologia może przyspieszyć dopiero początek drogi, a nie usunąć całą resztę procesu. Technologia mRNA może więc być ważnym narzędziem, ale nie zmienia podstawowej logiki epidemii. Dlatego w przypadku wirusa Andes najważniejsze pozostają klasyczne działania: izolacja chorych, obserwacja kontaktów, szybka diagnostyka i dobra opieka medyczna. Szczepionka może kiedyś być częścią odpowiedzi, ale najpewniej nie będzie tym, co rozstrzygnie obecne ognisko.
Trzy scenariusze rozwoju sytuacji
Na bazie zebranych przez nas informacji sformułowaliśmy zatem trzy możliwe scenariusze tego, jak sytuacja związana z hantawirusem się rozwinie:
- Najbardziej prawdopodobny jest scenariusz bazowy, w którym ognisko pozostaje ograniczone do pasażerów MV Hondius, załogi i nielicznego zbioru ich najbliższych kontaktów. W takim wariancie przez kilka kolejnych tygodni mogą pojawiać się jeszcze pojedyncze przypadki, ale nie będą one zaskoczeniem, bo okres inkubacji wirusa Andes jest długi. Kluczowe będzie to, że każdy nowy przypadek da się logicznie powiązać ze statkiem, wspólną przestrzenią, opieką nad chorym albo innym bliskim kontaktem. Wtedy cała sytuacja rozwiąże się mało spektakularnie: monitoring, izolacja, testy, kilka nowych informacji w mediach i stopniowe wygaszanie tematu.
- Drugi wariant to scenariusz zwiększonego zmartwienia. Zacząłby się wtedy, gdyby po repatriacji pasażerów pojawiły się małe, wtórne ogniska w znacznej liczbie osób, które miały kontakt z narażonymi. To nadal nie byłaby pandemia, ale byłby to sygnał, że transmisja człowiek-człowiek nie zamknęła się wyłącznie na statku. W takim scenariuszu najważniejsze nie byłoby samo to, że liczba przypadków wzrosła, tylko ile generacji zakażeń widzimy. Jeden przypadek wtórny u osoby bliskiego kontaktu to nie problem. Kilka kolejnych generacji w kilku krajach to już jest powód do zmartwienia.
- Trzeci, obecnie najmniej prawdopodobny, to scenariusz krytyczny. Do niego wejdziemy dopiero wtedy, gdy pojawią się przypadki bez jasnego bliskiego kontaktu z chorym, transmisja poza zamkniętymi środowiskami albo dowód z sekwencjonowania na to, że wirus zmienił właściwości i zwiększył swoją zakaźność. Wtedy możemy zacząć przejmować się możliwością pandemii. Na dziś nic nie wskazuje, że taki scenariusz się realizuje.
Pewnym paradoksem jest, że jeżeli scenariusz dwa albo trzy zaczną się realizować, zainteresowanie producentów szczepionek będzie rosnąć, najpierw stopniowo, później lawinowo. W zależności od skali eskalacji, rządy dołożą coś od siebie, być może pozwolą na ścięcie kilku zakrętów na różnych etapach tworzenia szczepionek. Na dziś wiemy, że nowe technologie działają. To ważny punkt startowy. Reszta to już tylko pieniądze i determinacja. Paradoksalnie więc im większy problem w scenariuszu drugim i trzecim, tym bliżej będziemy do rozwiązania.
Bez paniki
Po Covidzie łatwo popaść w jedną z dwóch skrajności: albo bagatelizować nowy alarm, albo widzieć katastrofę w każdym wirusie. Przy hantawirusie najbardziej sensowne jest trzecie podejście, czyli spokojna obserwacja. Przez kilka kolejnych tygodni docierać do nas będą nowe informacje, ale dopóki nie pojawią się przypadki bez jasnego kontaktu z chorym, nie ma mowy o nowej pandemii.
