W ostatnich dniach świat nieco wstrzymał oddech po niecodziennej akcji Stanów Zjednoczonych, której efektem było schwytanie oraz doprowadzenie przed nowojorski sąd wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro. Wydarzenie to może mieć poważne konsekwencje w dłuższym terminie. Obecnie zwiększa ryzyka geopolityczne na arenie międzynarodowej.
Zarzuty wobec Maduro
Amerykańska akcja przeprowadzona w Caracas w pierwszych dniach roku była nie oczekiwana przez samego prezydenta Wenezueli. Ten zdawał się raczej obstawiać scenariusz przeczenia rosnącej presji na jego kraj ze strony Donalda Trumpa. Rzeczywistość okazała się jednak inna. W rezultacie Maduro został siłowo zabrany ze swojego państwa i doprowadzony przed nowojorski sąd, gdzie zdążył już usłyszeć zarzuty.
Waszyngton zarzuca dyktatorowi uczestnictwo w zmowie terroryzmu narkotykowego, sprowadzanie na terytorium Stanów Zjednoczonych kokainy oraz zarzuty dotyczące posiadania przez Maduro zabronionej broni. W mediach pojawiały się również opinie, iż Maduro odpowiedzialny jest za nielegalną migrację Wenezuelczyków na teren USA.
Ważne słowa administracji USA
Po przeprowadzonej akcji odbyła się konferencja prasowa Donalda Trumpa w jego posiadłości Mar-a-Lago. Prezydent w charakterystycznym dla siebie stylu ogłosił sukces operacji i przedstawił plany wobec Wenezueli. Podkreślił, że w całej operacji wzięło udział ponad 150 samolotów, a siły zbrojne USA nie poniosły żadnych strat w ludziach ani sprzęcie.
Dużo istotniejsze były jednak słowa dotyczące przyszłości Wenezueli. Trump zapowiedział bowiem, że Stany Zjednoczone będą "rządzić krajem" do czasu przeprowadzenia bezpiecznej i rozsądnej transformacji południowoamerykańskiego państwa. Jak nietrudno domyślić się, żadne konkretne ramy czasowe nie padły. W swojej wypowiedzi ostrzegł również wenezuelskich urzędników, że to, co spotkało Maduro, może spotkać także ich, jeśli Ci nie będą sprawiedliwie postępować wobec swojego narodu.
Pokrzepiające były również słowa ze strony Marco Rubio, według którego Stany Zjednoczonej będą starały się uniknąć scenariusza tzw. próżni władzy w Wenezueli. Biorąc pod uwagę tego rodzaju komentarze wydaje się, że wpadnięcie kraju w chaos polityczny nie jest wysoce prawdopodobne. Z drugiej strony popularność wenezuelskiej opozycji oraz reputacyjne ryzyka USA w przypadku braku przeprowadzenia transformacji z sukcesem (rozwiniemy temat w kolejnych akapitach) sprawiają, iż odrodzenie się demokracji w nękanym korupcją kraju wydaje się odległym scenariuszem.
Co na to inne państwa?
Wreszcie, co po takiej akcji myśleć mogą inne kraje regionu? Mowa choćby o Kubie wspieranej przez reżim Maduro, Meksyku, czy Kolumbii, która także na dużą skalę odpowiada za eksport kokainy do Stanów Zjednoczonych. W przypadku Kuby na horyzoncie rodzi się widmo upadku reżimu i kryzys energetyczny biorąc pod uwagę, że Hawana polegała na dostawach wenezuelskiej ropy pomimo funkcjonowania amerykańskiego embarga. Sam Rubio nie owijając w bawełnę powiedział wprost, że kubański reżim jest kolejnym celem USA. Mając na względzie, że siły zbrojne Kuby są znacznie mniejsze od tychże z Wenezueli,. nie wydaje się, by USA miały jakiekolwiek problemy z taką interwencją. Być może jednak same groźby płynące z Waszyngtonu pod adresem Hawany wystarczą.
W przypadku Meksyku od pewnego czasu mówi się o tzw. interwencji policyjnej przeciwko tamtejszym kartelom. Mowa o zaangażowaniu służb amerykańskich celem rozprawienia się z kartelami na terenie Meksyku. Sam Trump wielokrotnie krytykował prezydent Meksyku Claudię Sheinbaum za brak skuteczności na tym polu. Przypomnijmy, że Meksyk odmawiał kilkukrotnie wsparcia USA w postaci wysłania amerykańskich żołnierzy do walki z mafiami narkotykowymi. Stosunki USA-Meksyk są zdecydowanie lepsze niż z Kubą i Wenezuela, więc nie wydaje nam się, by scenariusz amerykańskiej pomocy "na siłę" był możliwy.
Inaczej jest w relacjach USA-Kolumbia, których status możemy opisać jako krytyczne. Trump, nie przebierając w słowach, nazywał kolumbijskiego prezydenta Gustavo Petro "chorym człowiekiem" czerpiącym zyski z produkcji kokainy. Jeśli USA zależy na rozprawieniu się faktycznie z narkobiznesem w Ameryce Południowej, który zagraża USA, wówczas ryzyko operacji przeciwko rządowi Kolumbii wydaje się wysokie.
Jednocześnie, gdzieś w tle, w dalszym ciągu słychać imperialistyczne komentarze Trumpa pod adresem Grenlandii. Prezydent USA mówi wprost, że Stany potrzebują Grenlandii, gdyż jest to sprawa bezpieczeństwa narodowego. Buńczuczne komentarze tonował ostatnio duński ambasador w USA czy premier Danii, która może liczyć w tej sprawie na pełne wsparcie Europy. Temat Grenlandii jest twardych orzechem do zgryzienia dla USA. Rozwiązania siłowe na bieżącym etapie wydają się mało prawdopodobne, choć pracownicy Białego Domu wskazują, że taka opcja jest na stole. Marco Rubio wskazywał jednak, że najbardziej pożądana jest opcja dyplomatyczna - "pozyskanie" Grenlandii na zasadzie wykupienia. Sytuacja jest jednak dość nieprzewidywalna.
Ryzykowne zagranie USA ośmieli innych?
Cała akcja przeprowadzona w Wenezueli jest naszym zdaniem ryzykownym zagraniem, gdyż stwarza poważne ryzyka reputacyjne dla samych Stanów Zjednoczonych. W pierwszej kolejności pojmanie Maduro jest ewidentnym pokazem siły. Jeśli jednak strategia ta (o ile jakakolwiek już istnieje) nie powiedzie się - w kraju wybuchną zamieszki i ostatecznie nie uda się podążać w stronę demokracji - wówczas wszyscy przegrają.
Z drugiej strony skutecznie przeprowadzona akcja w Caracas może nieść negatywne skutki w postaci faktycznego zalegalizowania używania siły przez wielkie mocarstwa. Jest to szczególnie niebezpieczne w obecnym układzie geopolitycznym. Działania takie mogą tym bardziej utwierdzać w słuszności swoich poczynań choćby Moskwę, a przykład z USA brać mogą także Chiny, które od dawna ostrzą zęby na Tajwan. Choć sytuacja Wenezueli oraz Tajwanu jest skrajnie różna, to Pekin może mimo wszystko czuć większą odwagę choćby w samej strategii zastraszania malutkiego państwa. Z tego tytułu nie dziwi fakt, że w reakcji na wydarzenia w Wenezueli w górę zaczęły ponownie iść ceny złota. Podwyższone ryzyko geopolityczne może utrzymywać się przed dłuższy czas.
Potencjalne scenariusze - co jest na stole?
Do rozważenia mamy dwie opcje. Pierwszą jest chaos, brak władzy w Wenezueli i niemożność jej sprawowania przez USA. Jak jednak pokazaliśmy wcześniej, Rubio zapewnia, że USA chcą uniknąć takiej sytuacji. Drugą jest ustanowienie w jakiś sposób sprawowania władzy w Caracas przez Stany Zjednoczone i powolne kroczenie w stronę demokracji (nie mylić z suwerennością Wenezueli, bo z tym może być różnie - to wizja na bardzo długi termin). Drugi scenariusz oznaczałby wzrost cen wenezuelskich obligacji, stopniowy spadek cen ropy naftowej oraz hamowanie masowej emigracji z Wenezueli.
Patrząc na pierwotne zachowania rynku wydaje się, że znajdujemy się zdecydowanie bliżej wyceniania drugiego, bardziej optymistycznego scenariusza. Świadczą o tym lekkie spadki cen ropy tuż po otwarciu nowego tygodnia, czy też duży skok ceny tamtejszych papierów skarbowych. Dla przykładu papier zapadający we wrześniu 2027 roku skoczył z nieco ponad 30 do ponad 40 centów wartości nominalnej jednej obligacji.
Perspektywa wenezuelskiej ropy
Na koniec dotknijmy chyba najważniejszej kwestii z naszego punktu widzenia - wpływu całej sytuacji na ceny ropy naftowej, czyli coś co wszyscy możemy odczuć w przyszłości. Przede wszystkim trzeba nadmienić, że obecna produkcja surowca w Wenezueli znajduje się mniej więcej na poziomie 1 mln baryłek dziennie (mbpd). To znacząco mniejsza wartość niż jest dekadę temu, kiedy to kraj produkował ok. 2,5 mbpd. W scenariuszu pozytywnym należy spodziewać się stopniowego wzrostu produkcji surowca, a... jest z czego rosnąć.
Wenezuela jest bowiem posiadaczem największych rezerw ropy naftowej szacowanych na 300 mld baryłek. To największe znane złoża na świecie - dalej plasują się takie potęgi jak Arabia Saudyjska i Iran. Aby jednak złoża te mogłoby być eksploatowane potrzebna jest całkowita odbudowa tamtejszego przemysłu naftowego. To z kolei pociąga za sobą konieczność ogromnych nakładów inwestycyjnych, być może ze strony prywatnych przedsiębiorstw. Prywatne środki nie popłyną jednak wcześniej niż w momencie zapanowania stabilizacji politycznej w Caracas. Z drugiej strony komentarze Trumpa sygnalizują, że amerykański rząd mógłby subsydiować firmy energetyczne angażujące się w odbudowę przemysłu naftowego na terenie Wenezueli. Nic więc dziwnego, że ceny akcji amerykańskich firm wydobywających ropę poszybowały w górę w ostatnich dniach.
Dla nas w Europie kluczowy jest jeden aspekt. Jeśli faktycznie w Wenezueli zapanuje spokój, a przemysł naftowy będzie stopniowo podnosił się z kolan, wówczas ceny surowca na świecie powinny obniżać się (oczekiwany wzrost podaży). Czynnik ten wpisuje się więc w naszą dotychczasową ocenę sytuacji na rynku ropy naftowej, o której pisaliśmy w naszym rocznym opracowaniu.

